
Nieme kino
Chaplin ślizgał się drugą dobę na skórce
od banana. Jest rok sześćdziesiąty szósty,
ubrudzony atramentem robię kleksy, rozcieram je
rękawem mundurka, spod lewej ręki,
z okładki zeszytu obserwuje mnie królowa
brytyjska, zagryzam z nerwów ołówek za sześć
pensów, to dar Jej Wysokości dla naszej
tysiącletniej szkoły, za oknami widzę
pierwszy śnieg, czekam z zamkniętymi oczami,
jak Chaplin, na oblodzone zbocze
Górki Stolarskiej, na pierwszy ślizg w dół,
on też zakochał się w niewidomej kwiaciarce,
ja jak w Ance, skakałem dla niej z trzeciego piętra
na pryzmę piasku, łzy bezwiednie toczyły się
po twarzy, mrowiły mi stopy, czułem przez
zamknięte oczy uśmiech na jej twarzy, jak Charlie
bawiłem się w jednodniowego bohatera
własnego slapstikowego filmu, byłem
jego scenarzystą, aktorem i reżyserem,
jak on na skórce od banana, ślizgałem się
na pokrywie kotła do gotowania bielizny,
tworzyłem swoje autorskie nieme kino
kręcąc się w kółko między domem,
szkołą a wysypiskiem…
4 kwietnia 2020